Są na świecie dwa miejsca, w których możesz legalnie polować na ludzi. Park Narodowy Kaziranga w Indiach i forum Geneza Końca.
 
IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Adieu

Go down 
AutorWiadomość
La Wuajel

avatar

Liczba postów : 16
Join date : 24/02/2017

PisanieTemat: Adieu    Czw Cze 08, 2017 2:01 am

Początku tej historii należy szukać tu:
Demony Przeszłości
i tu:
Introdukcja do losów Baleburga

B-Baleburg
W-La Wuajel

W:Dziewczyna ostrożnie chwyciła osobnika za bark i potrząsneła -hej wyglądasz na kogoś kto potrzebuje pieniędzy


B:- Co, ja? Pani raczy żartować! Piastuję wysokie stanowisko wśród lokalnych władz, ja proszę Pani mam wpływy, czyli coś czego... ty... nie masz.

ładnie przedstawił się bohater. Szybko zdał sobie jednak sprawę, iż tym razem wybudził się na dobre, a to bolesne zderzenie z rzeczywistością może go wiele kosztować. Szybko zreflektował się, dodając

- A z kim mam przyjemność rozmawiać?


W:Dziewczyna spłoszona grubiańskim wybuchem staruszka momentalnie cofnęła dłoń lecz zaskoczenie malujące się na jej twarzy szybko zastąpił wyrozumiały uśmiech

-niech mi pan wybaczy zaszło tu tragiczne nieporozumienie, na imię mi Ira i przybywam z poselstwem od samej warny- tu gotka z nieukrywaną dumą okazała sygnet z królewską pieczęcią
-pańska godność?

B:- Na imię mi Baleburg, dla przyjaciół...

ugryzł się w język. Pomimo niezręcznej sytuacji, a jeszcze bardziej niewartej pamiętania ubiegłej nocy, szybko przekalkulował oraz podał analizie fakty.

- Bardzo dobrze trafiłaś, miła panno - siedzisz przed jednym z członków tutejszej rady miejskiej. Będę zaszczycony, mogąc przyjmować tak dostojne poselstwo.

odruchowo złapał się za kieszeń, w której zwykł nosić parę miedziaków. Przenikliwy umysł psychologa, bądź innego znawcy ludzkich umysłów, szybko przejrzałby prawdziwe intencje mężczyzny - niestety gotycki gość nie miał tyle szczęścia.


W:Jako że Wuajel nie była ,,znawczynią,, ani tym bardziej psychologiem tylko przymilnie się uśmiechneła przysuwając kufel piwa radnemu...

-kloszard ,,intelektualista,, pobrzdękujący kilkoma miedziakami ot i demos kratos.- myśląc to uśmiechneła się jeszcze szerzej szczerząc białe zęby

-pozwoli pan że przejdę odrazu na ,,ty,, jestem prostym i bezpośrednim człowiekiem. Reprezętuje interesy chandlowe gotów i przybywam z ofertą na której miasto jak i mój kraj z pewnością skorzystają- tu nastąpiła chwila przerwy a dziewczyna nieco się zafrasowała -mój towarzysz który miał powiadomić tutejsze stronnictwo gotyckie o moim przybyciu zginą rozszarpany przez łazarzy- dziewczyna dyskretnie kładąc kluczyk i zakrwawioną karteczkę z numerem mieszkania na stole dodała -zostało mi po nim tylko to...  Baleburgu musisz jutro udać się pod ten adres i przekazać wiadomość którą ci wręcze, od tego zależą dalsze losy kontraktu, ja w tym samym czasie załatwie sprawy urzędowe- po chwili namysłu Wuajel dodała -mam szczęście że trafiłam na kogoś komu nie są obojętne interesy miasta-


B:Miasto miastem, ale co ja będę z tego miał? Tutejsze diety są co najmniej liche, a potrzeby wraz z wiekiem - wbrew pozorom - wzrastają.

W: A jednak skąpstwo starca wzieło górę nad pomylonymi ideami, pucybut Baleburg okazał się prawdziwym weteranem wśród dusigroszów.

-No cóż ,,ładne oczy,, nie pomogły więc pora wejść w nową rolę- pomyślała Wuajel

- ,,co ja będę z tego miał?,,- na twarzy pojawił się wąski zimny uśmieszek- dość odważne pytanie jak na kogoś kto za chwile może stracić posadę, przypominam ci że jestem POSŁEM OBCEGO MOCARSTWA i w mojej mocy leży by za te twoje ,,he he potrzeby,, powleczono cię za koniem aż pod mury samego Malborka! -wszyscy goście albo raczej hołota odwróciła głowy w strone stolika bohaterów chłonąc z chciwością  każde słowo, wszechobecną ciszę mąciły tylko pojedyńcze szepty.


B:-Mi na tym marnym zywocie nie zależy, ale ze wzgląd na moją jedyną oblubienicę - Wawel, nie mogę ci odmówić. Zawrzyjmy więc układ, chociaż niejeden nazwałby to szwindlem. W imieniu rady miasta oczywiście - powiedzial, puszczajac porozumiewawczo oczko do hołoty


W:-Układ?-kobieta zmarszczyla nos- czyżby znowu jakieś matactwa? Mów jaśniej


B:Nic więcej nie mogę na tę chwilę powiedzieć - spotkajmy się dziś o dziesiątej na podmiejskich kooperatywach rolniczych. Tylko pamiętaj, żadnych numerów


W:-Mam inny pomysł, ty wyświadczysz mi przyslugę o którą prosiłam a ja zapomnę o łapuwkarstwie co za tym idzie nie stracisz swojej oblubienicy ani stołka

B:-Niech będzie

W:-Spisz się a szepnę o tobie słówko komu trzeba- gotka rzuciła na odchodne - zapomniała bym- podbiegając do stolika wyciągneła długopis i na poczekaniu nagryzmoliła krótki liścik -oddaj to facetowi którego spotkasz- wcisnowszy złożony papier do kieszeni starca pośpiesznie opuściła tawernę znikając w ciemnościach
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Diaz

avatar

Liczba postów : 11
Join date : 21/02/2017

PisanieTemat: Re: Adieu    Pon Cze 12, 2017 11:37 pm

W tym samym czasie, w Ciemnej Strefie

Diaz od dwóch dni wpatrywał się w strzałę, wystającą z pleców trupa, otoczonego przez hordę Zarażonych i klął na czym świat stoi. Horda pojawiła się tuż po tym, jak zestrzelił człowieka, podszywającego się pod Łowcę, nie pozwalając mu odzyskać strzały, ani przeszukać oszusta. Początkowo miał nadzieję, że horda zniknie równie szybko, jak się pojawiła, lecz tkwiła pod nim już pięćdziesiąt cholernych godzin i nie zapowiadało się na zmiany. Leżał więc na dachu dwupiętrowej kamieniczki, czekając na okazję do odzyskania swojej własności. Słońce już powoli zachodziło i miał świadomość, że niedługo przebudzą się wynaturzenia, z którymi absolutnie nie chciał mieć do czynienia, a które i tak już zbyt długo go nie znalazły. Nie miał jednak najmniejszego zamiaru porzucać jednej ze swoich dwunastu metalowych strzał.
- Co mnie, do cholery podkusiło, że strzeliłem metalem, a nie drewnem? - po raz kolejny zadał sobie to pytanie w myślach. Przetoczył leniwym spojrzeniem po otoczeniu i nagle zobaczył coś, co zdecydowanie nie pasowało do zrujnowanego placu. Był to na pozór zwykły samochód, lecz coś odróżniało go od innych, zalegających w całym mieście. Nie był wrakiem. Co więcej, był zadbany i w miarę świeżo umyty. To oznaczało, że ktoś postawił go tu niedawno i pojazd wciąż powinien być na chodzie.
- No to się właściciel zdziwi.
Diaz zeskoczył na balkon na pierwszym piętrze kamieniczki i podniósł z posadzki spory kamień, pochodzący zapewne z podniszczonej balustrady. Zważył go w dłoni, podrzucił i cisnął w stronę samochodu. Rozległ się brzęk tłuczonego szkła, a ułamek sekundy później (choć dla Diaza ta chwila zdawała się nie mieć końca), alarm antywłamaniowy. Zarażeni powoli zwrócili się w stronę wozu, po czym zaczęli jeszcze wolniej kuśtykać ku niemu. Sprawiło to, że przy ciele było ich "tylko" kilkunastu. Diaz zeskoczył na plac i sięgnął po katanę. Ruszył sprintem, przepychając się przez hordę i odcinając każdą kończynę, która próbowała go chwycić, nie mając czasu na ubijanie jej właściciela. Dopadł do truchła, lecz upojony adrenaliną, zamiast wyszarpnąć swoją strzałę, podniósł trupa i użył go, żeby utorować sobie drogę przez Zarażonych, wciąż tnąc wszystko, co zanadto się do niego zbliżyło. Dopadł do balkonu po najmniej "zaludnionej" stronie placu i cisnął na niego trupa, po czym sam zaczął się wspinać. Odetchnął głęboko, gdy jego buty dotknęły czegoś, co kiedyś chyba było marmurem. Wyrwał strzałę i wsunął z powrotem do specjalnej kieszeni w swoim płaszczu, po czym zabrał się do przeszukiwania ciała. Znalazł kilka wartościowych drobiazgów, ale nic poza tym. Nagle usłyszał ludzkie krzyki, przebijające się przez jęki Zarażonych. Podniósł głowę. Dostrzegł grupę najemników. W jego umyśle pojawiło się sześć wniosków:
1. Ten tutaj był jednym z nich.
2. Jest ich czterech.
3. To był ich samochód.
4. Są wkurwieni.
5. Widzieli mnie.
6. Pora się stąd wynosić.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Baleburg

avatar

Liczba postów : 13
Join date : 24/05/2017
Age : -52
Skąd : Wolne Miasto Wawel

PisanieTemat: Re: Adieu    Nie Lip 16, 2017 10:47 pm

Był pochmurny dzień. Atmosfera wręcz wskazywała, że zdarzenia które miały wówczas zajść, nie przejdą do historii jako najchlubniejsze. To właśnie wtedy Baleburg zdecydował się na przejście od słów do czynów - wyruszył ze swego domostwa, aby dostarczyć podejrzany list do swego największego przeciwnika, radnego Zawadzkiego. Droga była zwyczajna - nikt mu nie przeszkodził, a wiatr zdawał się pomagać mu w stawianiu kroków. Przed drzwiami zachwiała nim jeszcze jedna wątpliwość - czy aby na pewno powinien dawać wiarę podejrzanemu gockiemu posłowi zjawiającemu się w środku nocy w karczmie?

- A niech to diabli, niech inni się martwią - pomyślał.

Zastał go niespokojnego. Było to o tyle nietypowe, iż ten zazwyczaj ani myślał o kontemplowaniu trosk życia codziennego. Po raz kolejny zachwiał się, po czym oddał kartkę gospodarzowi mówiąc:

- Pewien dyplomata chciał, abym ci to przekazał, przyjacielu.

Ten pobladł. Odebrał zwitek papieru nie odpowiadając, a sam przedmiot schował od razu do biurka. Zdaje się, że ta wizyta była wyjątkowa pod jeszcze jednym względem - w końcu Baleburg nie został wyrzucony, co zdziwiło nawet bohatera. Rozległ się huk - to zabłąkana kula wybiła szybę. Nauczony doświadczeniem, wybiegł z pokoju, chcąc uniknąć posądzeń o uczestnictwo w rzekomym zamachu. Nie wszystko jednak poszło po jego myśli - radny nie odniósł obrażeń, czego dowodem były krzyki dobiegające za uciekającym Baleburgiem. Ten już wcześniej poddawał rozważaniom różne scenariusze - również takie jak ten. Warunki mieszkaniowe pozostawiały wiele do życzenia, również szczątki dawnej reputacji nie stanwiły czynnika w jakikolwiek sposób sprzyjającemu jej pielęgnowaniu. Rozwiązaniem mogła być wyłącznie ucieczka. W realizowaniu tego zamysłu nie napotkał większych problemów - milicja praktycznie nie funkcjonowała, a miejski motłoch stanowił doskonałą kryjówkę dla niesłusznie posądzonego uciekiniera. Tak czy inaczej, jeszcze tego samego dnia, radnego widziano za murami miasta. Być może nie był on w pełni przekonany do tego co musiało się stać, wybrał bowiem miejsce w którym każdy mógł się go spodziewać - podmiejską kooperatywę rolniczą.

- Złapią mnie, to złapią... A jak nie, to sam wrócę, jak sprawa przycichnie. - postanowił.

Chcąc zostać zapamiętanym jako przykładny obywatel i człowiek pracy, powoli rozpoczął oględzin rosnących roślin - akurat aby przybyła gwardia miała szansę ująć go w takim stanie. Ostatnie godziny jego wolnego życia miały stać się doskonałym dopełnieniem jego cnotliwego (przynajmniej przez dłuższy okres) życia. Niestety, tak łatwo trud starca nie miał się zakończyć...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Diaz

avatar

Liczba postów : 11
Join date : 21/02/2017

PisanieTemat: Re: Adieu    Wto Lip 18, 2017 12:20 am

Od dwóch godzin Diaz leżał praktycznie bez ruchu, zastanawiając się jak to możliwe, że najemnicy deptali mu po piętach przez całą drogę z Ciemnej Strefy pod "Bogdankę", a teraz, gdy mieli wpaść w zastawioną pułapkę, okazało się, że mają do niego prawie pół dnia straty. Musieli po drodze wpaść w jakieś kłopoty, które jednak nie okazały się wystarczająco dotkliwe, by zaprzestali pościgu. Czekał więc cierpliwie, rozważając zahaczenie o gotycki fort, gdy już rozprawi się z ścigającą go grupą. Z jednej strony oznaczałoby to noc w wygodnym łóżku i ciepły posiłek. Z drugiej zaś obcowanie z ludźmi, a życie nauczyło Łowcę, że człowiek człowiekowi nie tylko wilkiem, ale też hieną, psem i niedźwiedziem. Z rozmyślań wyrwał go w końcu tak upragniony odgłos kroków. Choć leżał na wzgórzu, panujący wokół mrok sprawiał, że łatwiej było mu nasłuchiwać, niż wypatrywać wroga. Bardzo wolno sięgnął po łuk, leżący obok wraz z przygotowaną strzałą. drugą ręką wymacał w jednej z licznych kieszeni płaszcza zapalniczkę. W końcu dostrzegł cztery niewyraźne sylwetki, podążające dokładnie spreparowanym przez niego tropem. Musieli mieć noktowizory, skoro byli w stanie odszukać ślady w takiej ciemności. Rozmawiali cichym szeptem. Nagle pod ich stopami rozległ się trzask pękającej gałązki. Diaz ukrył ich tam kilkanaście, dla pewności, że na którąś nadepną. Słysząc ten dźwięk, Łowca uśmiechnął się pod maską.
- Teraz wszystko w "jej" rękach - pomyślał. Jedno po drugim, wszystkie dziewięć oczu Szeptuchy rozwarło się, pobłyskując w nikłym blasku księżyca. Chwilę później rozległ się tak charakterystyczny "szept". Diaz powoli, nie odkładając broni, podniósł się do pozycji siedzącej. Zastawienie pułapki z jednym z najgroźniejszych wynaturzeń w roli głównej kosztowało go sporo wysiłku, więc miał zamiar delektować się czekającym go show, więc to oczywiste, że musiał zadbać o najwygodniejszą możliwą pozycję. Jeden z najemników zorientował się w sytuacji i krzyknął. Teraz już wszyscy widzieli potwora i przerażeni zaczęli pruć do niego z żałosnej wobec zdolności Szeptuchy broni palnej. Na ten widok Diaza omal nie trafił szlag. Ci dranie bezwstydnie marnowali jego amunicję. W prawdzie nie wiedzieli jeszcze, że ich amunicja należy do niego, ale że ołowiane kule nie były w stanie wyrządzić wynaturzeniu żadnych szkód, mieli wkrótce zostać rozszarpani, przez co cały ich dobytek miał równie szybko trafić do rąk Łowcy. Nastrój Diaza poprawiał się z każdym najemnikiem pochłanianym bezpowrotnie przez potwora przy akompaniamencie nieludzkich wrzasków, ale gdy ostatni pozostały przy życiu najemnik odrąbał sobie nogę maczetą, aby tylko ona została wchłonięta przez Szeptuchę, Łowca postanowił interweniować. Błyskawicznie zerwał się na nogi, podpalił strzałę i wystrzelił ją w przygotowaną wcześniej plamę benzyny. Spora część substancji zdążyła już wyparować, więc płomienie nie były tak widowiskowe, jak powinny, ale spełniły swoje zadanie. Szeptucha została oddzielona od krwawiącego najemnika i przedmiotów, które jego koledzy upuścili przed śmiercią. Łowca powoli podszedł do ognia. Zebrał to, co najemnicy musieli nazywać bronią palną, a co stanowiło w istocie rozpadający się złom. Tylko amunicja przedstawiała jakąś wartość, lecz nie zostało jej za wiele.
- W zasadzie wystarczy na pokój w fortowej gospodzie i coś do jedzenia. Może nawet coś mi zostanie -
myślał Łowca, zbliżając się do wyjącego z bólu kształtu na ziemi. W oczach tego człowieka dostrzegł niewysłowioną nienawiść i pragnienie zemsty.
- To nie moja wina, bracie - powiedział spokojnie Diaz. - Gdyby wasz towarzysz nie nosił bezprawnie znaku Łowców, do niczego takiego by nie doszło. A teraz pozwól, że uprzedzę fakty i twoje stygnące zwłoki obrabuję, zanim faktycznie zaczną stygnąć.
Najemnik chciał coś odpowiedzieć, lecz jego szczęka nie przetrwała spotkania z obitym stalą butem Łowcy. Diaz zaczął przetrzepywać kieszenie umierającego. nie spieszył się. Szeptucha była cierpliwa i czekała aż ogień zgaśnie, nie próbując szukać innej drogi do niedoszłej ofiary. Gdy Diaz odebrał krwawiącemu wszystko, co przedstawiało jakąkolwiek wartość, podniósł upuszczoną przez niego broń. Zagwizdał cicho. Trzymał w rękach przedwojenny karabin M-16. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie doskonały stan znaleziska. Stara broń tej jakości była warta niewielką fortunę, oczywiście na odpowiednich rynkach. Zarzucił sobie karabin na plecy. Podszedł do najemnika i przydeptał mu nadgarstek. Jednym, płynnym ruchem wyjął katanę i odciął nieszczęśnikowi dłoń. Nie zważając na kolejny krzyk, Łowca odciął spory kawałek materiału z kamileki najemnika, wytarł miecz z krwi, dokładnie owinął odciętą rękę i schował ją do jednej ze swych kieszeni.
- Zostawię cię teraz z twoją nową znajomą - powiedział, wskazując głową na Szeptuchę. - Jestem jej coś winien po tym, jak tak pięknie mi pomogła.
Rzucił ostatnie spojrzenie na malującą się przed nim scenę, odwrócił się i raźnym krokiem pomaszerował w stronę Bogdanki, nucąc zasłyszaną jeszcze w dzieciństwie piosenkę, której słów nigdy nie poznał. Minęło kilka minut, zanim usłyszał kolejny krzyk.
- To musi cholernie boleć, skoro słychać go aż stąd - pomyślał Łowca i jako ostatnią myśl, jaka kiedykolwiek dotyczyła najemnika, można te myśl uważać za jego epitafium.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
La Wuajel

avatar

Liczba postów : 16
Join date : 24/02/2017

PisanieTemat: Re: Adieu    Czw Lip 27, 2017 8:58 pm

To był dzień jak każdy inny, przez zatłoczone uliczki miasta w drodze do zakładow kroczyli zawszeni rzemieslnicy, ich porannej wyprawie towarzyszyła gwara rozmów niekiedy przerywana pojedynczymi krzykami i głośnym śmiechem. Smród rutyny mieszał się z zapachem fekali zalegających w pobliskim rynsztoku.

Niespodziewanie ład zabużyły krzyki dobiegające z końca kolumny
-holera nie pchaj się!, co ty wyprawiasz!, przestań!, do licha złaź z mojej nogi!-
Nagle wąsaty kowal w czarnym skórzanym fartuchu niczym topola runą twarzą w błoto a obok niego przebiegła trupioblada dziewczyna w wojskowych butach. -Ty! paczaj Rafał cholera gotycka, ryje się jak krowa jaka!- Rafał tylko pokrecił głową i skwitował -szlahciury, mentalne sredniowiecze

Czas uciekał już za kilka chwile nieświadoma owieczka, zwana tez w niektórych kręgach radny Baleburg miała ,,wystawić,, zleceniodwce niedoszłego zabójcy, serce dziewczyny biło coraz mocniej gdy skręcała w kolejną alejkę. Brak snu oraz poczucia czasu dawał jej się we znaki gdy dopadła parapetu strychu leżącego naprzeciw mieszkania celu zamarła -holera, jest tam- Gdyby ktoś w tej chwili mógł ją zobaczyć nie uwierzyłby ze jeszcze chwile temu to chuchro rozpychało się miedzy robotnikami, wargi spieczone gorączką, rumieńce a na domiar złego dłonie dygoczące się ze zdenrwowania i zimna.
Nie robiąc sobie nic z drzących dłoni kobieta oblizala spękane wargi i przystawiła oko do lunety -jest i nasz element, i...- tu dziewczyna się zamyśliła pobladła twarz ,,elementu,,, wydała jej się łudząco znajoma. Z rozważan wyrwała ją fala dreszczy a chłód ogarną już całe ciało, gotka poczuła jak robi się jej słabo. Ciężko stwierdzić kiedy to się wydażyło lecz niedługo po tym padł niecelny strzał, facet przy biurku pobladlł jeszcze bardziej do tego stopnia ze wyglądał jakby mial paść na zawał. Nie było czasu Wuajel zwineła się ze swojego stanowiska i popędziła za wystraszonym Baleburgiem, osłabiona chorobą szybko zgubiła trop. Pogoń i poszukiwania radnego doprowadziły kobietę na skraj wytrzymalosci opuściwszy miasto słaniając się na nogach dotarła do pobliskiego gospodarstwa z nadzieją na schronienie. Znalazła tam coś jeszcze ku jej zdziwieniu przy roślinach jag gdyby nigdy nic krzątał się Baleburg we własnej osobie poszukiwany wspólnik ,,MORDERCY,, Baleburg.
-Imbecylu co ty sobie wyobrazasz!-
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
La Wuajel

avatar

Liczba postów : 16
Join date : 24/02/2017

PisanieTemat: Re: Adieu    Wto Lut 27, 2018 9:50 pm

-Wybacz nie chciałam.- kobieta zamyśliła się spoglądając na bezproduktywne starania przodownika pracy którego pracą była bezproduktywność zatem robił to co robił zawsze, a robił nic. -Widzę że nic cię już nie czeka, przynajmniej tu czeka cię nic- podsumowała myśli na głos, Baleburg tylko jakby zacisną zęby -Może zechciałbyś wyruszyć ze mną w podróż? Bo skoro i tak czekasz na śmierć to możemy poczekać razem w Kielcach, przy ciepłej strawie.- bladolica pokłoniła się Baleburgowi i z filuternym uśmiechem niczym dżentelmen proszący piękną damę do tańca wyciągnęła dłoń mówiąc -Ja płacę.-
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Baleburg

avatar

Liczba postów : 13
Join date : 24/05/2017
Age : -52
Skąd : Wolne Miasto Wawel

PisanieTemat: Re: Adieu    Czw Mar 01, 2018 6:46 pm

Ostatnia fraza, która padła z ust przybyszki, otworzyła oburzony i niechętny do rozmów czerep radnego z taką łatwością, z jaką wprawiony rzezimieszek otwiera swym wytrychem drogocenną szkatułę pochwyconą z wpółotwartego mieszkania zapominalskiego lokatora. Rozochocony starzec, wbrew chęciom zachowania pozorów, uśmiechnął się rubasznie i z entuzjazmem zaczął rozprawiać o różnych środkach podróży i drogach, które można nimi pokonać. A trzeba przyznać, iż robił to w taki sposób, jak gdyby całe swe, w istocie marne, życie spędził na wojażach.

- Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie! A więc kareta czy pociąg? - w całej swej łaskaw(chytr)ości, zawężył szeroki zakres opcji do tych pojazdów, które w jego mniemaniu jako jedyne zasługiwały na goszczenie czcigodnego zadka pana radnego.

Niech jego "rozmówczynię" nie zmyli jednak pozór trybu pytającego - lata lokalno-parlamentowego doświadczenia wykształciły w jej oponencie mało subtelne, aczkolwiek skuteczne metody perswazji.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Diaz

avatar

Liczba postów : 11
Join date : 21/02/2017

PisanieTemat: Re: Adieu    Sob Mar 03, 2018 12:18 am

Podrabianie tatuaży Ikaryjczyków było rzemiosłem na pograniczu sztuki. Tatuaż nie mógł być wykonany zbyt niedbale, lecz nie mógł być również nad wyraz dokładny. Diaz już wielokrotnie widywał, jak nieudolni fałszerze byli przyłapywani na próbach wyciągnięcia od Republikan amunicji z pomocą spreparowanych dłoni. Nie mógł sobie pozwolić takie potknięcie, zbyt mocno odcisnęło by się to na jego reputacji, więc spędził pięć godzin nad dłonią zmarłego już najemnika, zanim efekt uznał za zadowalający. W duchu niemal nieustannie przeliczał, ilu prawdziwych Ikaryjczyków mógłby zabić w tym czasie. W tej logice była jednak luka - w promieniu dziesiątek kilometrów nie było żadnych Ikaryjczyków. Wreszcie wstał i wolnym krokiem ruszył w stronę Wolnego Miasta. Lubił to miejsce. Tu zawsze można było znaleźć coś do roboty, spotkać najciekawszych szaleńców i zaopatrzyć się w rozmaite interesujące znaleziska. Jedyną wadą miasta wysoka liczba mieszkańców. Diaz nienawidził tłumów, toteż zawsze gdy jego szlak przecinał większe siedliska pełzającej ku nieuniknionej agonii ludzkości, niemiłosiernie wydłużał sobie drogę, klucząc najmniej uczęszczanymi zaułkami. I tym razem nie zrobił wyjątku.
Gdy po dwóch godzinach udało mu się wreszcie załatwić niemal wszystkie swoje sprawy, mógł oficjalnie uznać te część dnia za udaną. Udało mu się sprzedać dłoń wyjątkowo tępemu i zawziętemu Republikanowi za trzykrotną stawkę, a wartość rynkowa zdobycznego karabinu przerosła jego oczekiwania. Gotówka przyjemnie ciążyła mu w kieszeni płaszcza i bez większego namysłu postanowił przeznaczyć jej część na uzupełnienie piersiówki, z której ostatnią kroplę wydusił dwa tygodnie temu. Oznaczało to spory wydatek, gdyż pomimo upadku cywilizacji i związanego z tym faktem wzrostem cen dóbr luksusowych, nie zamierzał obniżać swoich alkoholowych upodobań poniżej co najmniej czterdziestoletniej whiskey, koniecznie na oryginalnej szkockiej recepturze. Nie miało znaczenia, że Szkoci byli gatunkiem zagrożonym wymarciem - ograniczali się do jednej rodziny, żyjącej właśnie na Wawelu - a kieliszek swoich wyrobów sprzedawali za tyle, za ile u innych można bylo dostać kilka butelek. Ważne że byli i sprzedawali. Zwłaszcza że Diaz miał status stałego klienta i zdarzyło mu się raz czy dwa uratować cały biznes, przez co czasem udawało mu się nieco zejść z ceny.
Po napełnieniu manierki - kosztowało go to trzecią część zabronionej kwoty, gdyż tym razem skusił się na trunek pochodzący jeszcze z przed formalnego końca świata -stwierdził, że nie ma już czego szukać w mieście. Traf jednak chciał, że droga do najbliższego wyjścia prowadziła tuż pod oknem Radnego Zawadzkiego. Ani rozjuszony tłum, ani potłuczone szkło pod butami, ani fakt, że w mieszkaniu zgromadziła się cała rada miejska nie zwróciły jego uwagi. Zwróciło ją natomiast wyrwane z kontekstu słowo "nagroda",które wychwycił przez wybite okno. Usłyszał też "zdrajca" i "niedopuszczalne",co dało mu jako taki obraz sytuacji. Zaczął przepychać się przez tłum, w stronę mieszkania. Wygląd i uzbrojenie znacznie mu w tym pomogły. W końcu stanął w progu mieszkania i zaszczycając scenerię pobieżnym spojrzeniem, spytał:
- Czy ja dobrze słyszałem? Nagroda za zdrajcę?
Na te słowa Zawadzki obruszył się.
- A kim ty niby jesteś, żeby pytać?
Diaz obrócił się lekko, ukazując widniejący na jego plecach symbol. W pomieszczeniu zrobiło się cicho.
- Cholera, chyba nie najlepiej zacząłem - powiedział w końcu Zawadzki. - Tak, ktoś z Radnych zdradził i brał udział w zamachu na moje życie. Nazywa się Baleburg i...
- Najprawdopodobniej nazywa się Baleburg - przerwał mi inny radny. - Tożsamość zdrajcy nie została jeszcze potwierdzona.
- Och dajcie spokój! - wykrzyknął Zawadzki. - To więcej, niż oczywiste, że...
- Dobra, dobra - przerwał Diaz, który zdążył już przypisać nazwisko do twarzy staruszka, którego od święta widywał, włócząc się po mieście. - Niezbyt mnie to interesuje. Jak mniemam chcecie, by ktoś doprowadził zdrajcę przed wasze oblicze?
Radni spojrzeli po sobie.
- Tak, zasługuje na uczciwy proces - powiedział w końcu jeden z nich.
- A ile jesteście w stanie za to zaoferować? Z góry oświadczam, że przyjmuję płatność w benzynie.
Następne minuty upłynęły na negocjacjach, które stanęły ostatecznie na ośmiu litrach. Żadna ze stron nie była zadowolona z tej kwoty i obie nie omieszkały dosadnie wyrazić swego niezadowolenia. Koniec końców jednak umowa została zawarta, a Diaz szybko podążył jeszcze świeżym tropem zbiega. Odnalezienie go nie okazało się trudne. Stał przy uprawach, w pobliżu powoli rozpadającej się szopy. Był jednak pewien problem. Jego cel nie był sam. Zbliżała się do niego nieznana Łowcy Gota. Diaz postanowił bliżej przyjrzeć się swemu celowi i jego... towarzyszce?
Powoli, dbając, by nieustannie znajdować się poza zasięgiem wzroku tej dziwnej pary przekradł się do szopy. Stamtąd przysłuchiwał się rozmowie. Rozmowa ta nieźle go rozbawiła. Uśmiechnął się po raz pierwszy od dwóch miesięcy. W jego głowie szybko powstał plan następnego ruchu. Opuścił szopę równie bezszeletnie, jak do niej wkroczył i zaczął przemykać się w stronę starego peronu kolejowego. Choć ten świat od ponad wieku nie oświadczył pociągu, zakładał, że to właśnie tam skieruje się para. Było to doskonale miejsce na niby przypadkowe spotkanie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
La Wuajel

avatar

Liczba postów : 16
Join date : 24/02/2017

PisanieTemat: Re: Adieu    Sob Mar 03, 2018 2:40 pm

Zafrasowana bladolica się zamyśliła, bo głowa starca bez wątpienia już nierobi.
Zachichotała wyobrażając sobie to zdanie wypowiedziane przez lektora. No cóż... próbowała zebrać myśli rozproszone koncertem życzeń, tak czy owak po otwarciu głowy starca nie należało spodziewać się zawartości cenniejszej ponad zawartość fasoli tu patrząc na kłącza leżące na parapecie skrzywiła się przypominając sobie wątpliwą przyjemność kosztowania ich surowych ziaren. Na pewno są łatwiej dostępne i cenniejsze ale nie smaczniejsze niż pustka bo ta negatywnego smaku mieć nie może bo jej nie ma. -Pociąg!- Wuajel przerwała bezkresne wyliczenia -Mam już bilet z uwagi na wiek z dowodem albo legitymacją partyjną pojedziesz za darmo.-
Pociągi tego świata jeszcze nie widziały i zobaczą nie prędko, dziewczyna dobrze o tym wiedziała tak jak i dobrze wiedziała o tym że potrzebuje nie lada sprytu by wsadzić senatora na konia.
Po krótkiej wędrówce bohaterowie czekali już na wyimaginowany tabor zdążyły upłynąć dwa bite kwadranse gdy w końcu bladolica wstała i rzekła -Idę do centrali zapytać co się dzieje z pociągiem poczekaj na tu chwilę- w ten oto sposób senator nagle został na dworcu zupełnie sam...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Diaz

avatar

Liczba postów : 11
Join date : 21/02/2017

PisanieTemat: Re: Adieu    Pon Mar 05, 2018 11:33 am

Brwi Łowcy powędrowały wysoko do góry, gdy okazało się, że Baleburg (Gotka pewnie też, ale nie było jej w pobliżu) dotarł przed nim na stary peron. Wzruszył jednak ramionami, zakładając, że stary radny lepiej zna tereny  otaczające miasto, niż on sam. Powoli ruszył przed siebie, zastanawiając się, jak powinien to rozegrać. Postanowił, że po prostu usiądzie obok Baleburga i poczeka, aż ten zainicjuje rozmowę. Przed powrotem Gotki, Diaz bedzie musiał zdecydować, co zrobić z radnym. Poruszał się bezszelestnie, toteż Baleburg zdał sobie sprawę z jegoo obecności dopiero, gdy rozsiadł się tuż obok i założył nogę na nogę.
-"Jak to rozegrasz?" - spytał w myślach, kątem oka obserwując reakcję starrca.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Baleburg

avatar

Liczba postów : 13
Join date : 24/05/2017
Age : -52
Skąd : Wolne Miasto Wawel

PisanieTemat: Re: Adieu    Wto Mar 06, 2018 6:39 pm

Stary przyspał nieco, a nie było to dla niego rzeczą szczególnie trudną. Gdzieniegdzie przedzierające się przez chmury światło słońca padło na jego twarz, aby zbudzić go z wyraźną wzgardą wobec nieznośnego żywiołu. Zdał sobie również szybko sprawę, iż ławeczki nie okupuje już sam - bynajmniej, nie jest to również fundatorka cudownej wyprawy. O ile z racji zaawansowanego wieku Radny niezbyt sprawnie łączył już fakty, zdążył wywnioskować, iż nieznany przybysz prawdopodobnie został przywiedziony jego osobą. Ostatnie, czego by chciał, to trafienie pod wymiar wątpliwej sprawiedliwości Wawelu - nawet on nie wierzył już w jakiekolwiek gwarancje bezstronności procesu. Stałby się on natomiast narzędziem zemsty ze strony bliższych oraz dalszych "kolegów" rajców.

- Szafot? Niedoczekanie - znając ciągoty tych niegodziwców, zechcieliby mnie powiesić! - pomyślał zmartwiony.

A Baleburg był osobą o wielu zainteresowaniach, więc tajniki metod pozbawiania życia niegodnych go, występnych obywateli były mu nieobce. Lękając się nie tyle śmierci, co towarzyszącego jej bólu oraz ewentualnych, potęgujących go komplikacji (że też sznury są takie tanie!), postanowił grać na zwłokę.

- Jak się masz, chłopie? - zapytał dość bezpośrednio, stylem raczej mu obcym.

Scenariusz rozmowy został jednak z góry zaplanowany, przeto nie dał on dojść Diazowi do słowa - wyciągnął natomiast spod płaszcza miniaturową planszę warcabów.

- Jeżeli wygrasz, pójdę z tobą. - mruknął zadowolony. Dar gawędziarstwa i rozwlekania najprostszych czynności miał rozwinięty bowiem do perfekcji.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Diaz

avatar

Liczba postów : 11
Join date : 21/02/2017

PisanieTemat: Re: Adieu    Sro Mar 07, 2018 9:08 am

W takich momentach Łowca błogosławił swoją maskę. Ograniczało to wymaganą samokontrolę do tłumienia spazmów śmiechu, podczas gdy mimika jego twarzy pozostawała poza zasięgiem wzroku rozmówcy. Diaz wolał nawet nie myśleć, przez co ten starzec musiał przejść w swoim nie najkrótszym życiu, że pierwszym, co zrobił po zobaczeniu kompletnie obcego człowieka w masce było zaproponowanie mu partyjki w warcaby o prawo do własnej wolności. Gdy już opanował śmiech, stwierdził, że takie rozwiązanie może być mu na rękę. Mimo to westchnął ciężko do rozmówcy:
- Warcaby? Nie masz może szachów? Mniejsza, biorę czarne.
Choć radny próbował przeciągać grę, niewiele mu to dało. Diaz posłużył się pewną prostą sztuczką, która niemal zawsze zapewniała zwycięstwo w tej jakże uproszczonej grze. Wystarczyło zrzec się możliwości rozpoczęcia partii, a następnie kopiować wszystkie ruchy przeciwnika. Szybko pozbawiało go to możliwości jakichkolwiek rozsądnych zagrań. Gdy już ostatni pionek Baleburga zniknął z planszy, Łowca przeciągnął się.
- Jeszcze jakieś pomysły? - spytał radnego.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
La Wuajel

avatar

Liczba postów : 16
Join date : 24/02/2017

PisanieTemat: Re: Adieu    Czw Mar 08, 2018 6:02 am

"Jeżeli coś jest to tak ma być" Mawiał Hegel.
O! Georgu Wilhelmie Friedrichu nadzwyczaj hojnie błogosławisz mi w poczynaniach bo skoro sztuka jest, a jest odzwierciedleniem myśli to jest mi wszystko wolno.
Śmiech, uprowadzone konie jak i brak kręgosłupa moralnego nie ułatwiały kobiecie utrzymania kubka z herbatą, a ta była największym wydatkiem dnia dzisiejszego więc wymagała szczególnej uwagi. Na peronie czekała na nią nie lada niespodzianka, mało że grupa oczekujących na fikcyjny pociąg wzrosła o całe 100% to jeszcze rzeczone nowe 100% w najlepsze gawędziło sobie ze starymi stoma procętami. Urocza parka ćwierkała sobie w najlepsze niczym papużki gdy ich rozmowę niespodziewanie zakłóciła osoba trzecia -no, witam- nonszalancko rzuciła Wuajel zza ich pleców. Skrzyżowane ramiona i pewność siebie kolidowały z oczyma patrzącymi zza fryzury stracha na wróble. Ten dysonans poznawczy tylko spotęgował uczucie niezręcznej ciszy która zapadła po przywitaniu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Baleburg

avatar

Liczba postów : 13
Join date : 24/05/2017
Age : -52
Skąd : Wolne Miasto Wawel

PisanieTemat: Re: Adieu    Sob Mar 10, 2018 4:24 pm

- Wszystko szło dobrze, dopóki się nie pojawiłaś - odrzekł bez entuzjazmu Radny.

Ze stoickim spokojem zaczął zbierać ułożone na oparciu ławki pionki, baczny obserwator mógł jednak odnieść wrażenie, że jego brak wigoru był aż nadto ostentacyjny. Zamknięta plansza powędrowała do jednej z wielu wewnętrznych kieszeni jego obszernego i dość obskurnego płaszcza. Zdaje się, że i z tej samej wyciągnął fajkę wraz ze zwitkiem o trudnej do określenia zawartości. Taki numer nie sprawdziłby się w gronie "znajomych z widzenia" mieszczan, przed którymi dawał się poznać tylko i wyłącznie jako asceta przejęty losem lokalnej społeczności. Nabity po brzegi (cóż za rozrzutność!) przyrząd potrzebował już tylko ognia. Ta właśnie okoliczność została przez niedoszłego nałogowca wykorzystana do zgrabnego wyciągnięcia rewolweru. Broń ta raczej nie mogła nikogo wystraszyć, prędzej wzbudzić śmiertelne politowanie - nagant o żałosnych gabarytach wyglądał wręcz groteskowo w trzęsącej się ręce samozwańczego mistrza "tej lepszej wersji szachów".

W charakterystyce tej nie ma krzty przesady, jedynie nietypowość zdarzenia mogła na dłużej przykuć wzrok otoczenia. Flegmatyczny dotychczas społecznik szybko zmienił swoje nastawienie do nieznanego rywala. Panuje opinia, że człowiek w trakcie swojego życia zatacza krąg, na starość jakby ponownie stając się dzieckiem. To właśnie łączyło wtedy Baleburga z lwią częścią młodszych reprezentantów ludzkiego rodu - absolutny brak tolerancji dla własnej porażki. Podekscytowany wymierzył w korpus Diaza i nacisnął spust.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Diaz

avatar

Liczba postów : 11
Join date : 21/02/2017

PisanieTemat: Re: Adieu    Sob Mar 10, 2018 11:39 pm

Huk wystrzału był w przeciwieństwie do broni z której się dobył w miarę porządny. Zapadła po nim chwila nienaturalnej ciszy. Diaz poczuł ból i z niedowierzaniem spojrzał na swój tors, na którym rozrastała się już czerwona plama. To była kropla, która przelała czarę. Łowca zgiął się w pół. Ze śmiechu. Śmiał się, a sposób, w jaki to robił niejednego przyprawił by o dreszcze. Z jego wstępnych obserwacji wynikało, że znajomy Got jednak go nie oszukał i modyfikacje, jakie wprowadził do jego stroju faktycznie w pewnym stopniu chroniły przed pociskami. Kula przebiła w prawdzie ubranie i mięso, ale w kontakcie z mostkiem zatrzymała się na kości, nie czyniąc zbyt wielkiej szkody. Jednak nawet absurd tej sytuacji Diaz zamierzał skrzętnie wykorzystać. Niezależnie, czy spowodował to sam fakt, że się śmiał, czy brzmienie tego śmiechu, efekt był korzystny. Skołowany Baleburg zawahał się i lekko opuścił lufę swojej broni. To wystarczyło Łowcy. Błyskawicznie pokonał dzielący ich dystans, chwycił radnego za nadgarstek i wykręcił go, wymuszając upuszczenie broni, po czym sięgając po własny pistolet płynnym ruchem sprowadził "oponenta" do parteru.
- To tak wygląda w praktyce honor radnego Wolnego Miasta? - spytał retorycznie. - Warto zapamiętać. Jeśli zaś chodzi o ciebie - zwrócił się do Gotki, wymierzając w nią broń - to również witam, w miarę możliwości serdeczne. Słowem wyjaśnienia, podczas twojej nieobecności Baleburg zdążył zaproponować mi partyjkę w warcaby, w której to postawił swoją wolność. Przegrał, warto zaznaczyć. Zabiorę go sobię i już mnie tu nie ma.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
La Wuajel

avatar

Liczba postów : 16
Join date : 24/02/2017

PisanieTemat: Re: Adieu    Sro Mar 14, 2018 10:44 am

Niewiasta w bezruchu przyglądała się widowisku zachodząc w głowę skąd w płaszczodzierżcach tyle zamiłowania do błota. Kurzawa podniosła się wokół walczących, a gdzieś w tumanach pyłu kotłowało się 200%. Gotka nie interweniowała "bo i po co" niczym socjopata wlepiła ciekawskie spojrzenie w walczących. Gdy wszystko ustało, a cały kurz wylądował w herbacie jej oczom ukazała się taka oto scena: biedny radny przygnieciony przez kapturzystę patrzył na nią wzrokiem zbitego szczeniaka zaś rywal radnego coś tam gawożył nito do siebie machając przy tym zapalczywie pistoletem niczym rewolucjonista na barykadzie. "Pfff dzikusy" pomyślała z żalem zaglądając do kubka. Sytuacja bez wątpienia stała się naprawdę poważna, wylać uczciwie zdobytą herbatę niepodobna ale pić z piachem też nie sposób. Ignorując kapturzyste z gracją przykucneła przy radnym kładąc kubek obok jego głowy -przyniosłam ci herbatę- głos dziewczyny był spokojny i melancholijny jakby nic się nie wydarzyło -Nie można wygrać czegoś czego nie ma, długi pochłonęły wolność Baleburga, a długi pochłoną budżet korony.- kobieta wstała i powolnym krokiem udała się w stronę koni -no już, złaź z niego to nie worek kartofli-
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Diaz

avatar

Liczba postów : 11
Join date : 21/02/2017

PisanieTemat: Re: Adieu    Sro Mar 14, 2018 6:03 pm

- Na worku kartofli nie odważyłbym się tak stanąć, to dość cenny zasób - odparł Diaz. Po chwili namysłu stwierdził, że Gotka nie zamierza (przynajmniej na razie) podejmować żadnych agresywnych działań, toteż schował broń, nie zdejmując z niej jednak ręki. Po ostatnich wydarzeniach zadowalał go fakt, że z choć jednej zawiłej sytuacji ma szansę wybrnąć słowem, a nie ołowiem. - Co się zaś tyczy Korony, to powołać na nią może się każdy, a jeśli nawet uznać to za prawdę objawioną, przysłali mnie tu ci sami ludzie, którzy mieli prawną moc tę długi odsprzedać, co w połączeniu ze wspomnianym zakładem daje mi podwójne prawa do osoby, znajdującej się zarówno dosłownie, jak i w przenośni pod moim butem. Wszelkie niejasności Korona musi wyjaśnić z tymi personami właśnie. Ja odgrywam tu tylko rolę wykonawcy usługi dostarczania radnego z powrotem na łono rady, która to usługa została opłacona i musi zostać wykonana. - Diaz przerwał swoją przemowę i przyjrzał się Gotce, by sprawdzić, czy przedstawicielka nacji cierpiącej na masowy niedobór witaminy D faktycznie kompletnie go ignoruje, czy też tylko udaje brak zainteresowania. Od tego na pozór drobnego detalu zależał bowiem jego następny ruch. Niewykluczone, że dość drastyczny.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Baleburg

avatar

Liczba postów : 13
Join date : 24/05/2017
Age : -52
Skąd : Wolne Miasto Wawel

PisanieTemat: Re: Adieu    Czw Mar 15, 2018 5:52 pm

toć Baleburg i tym razem usłyszał tylko to, co było mu na rękę. Strącił z siebie napastnika, którego czujności z pewnością nie sprzyjały przydługawe monologi. Komunikacji językowej musiała towarzyszyć również odpowiednia aparycja. Dotychczas speszony, teraz zadarł nos, uwydatniając bogatą brodę - domenę człowieka doświadczonego, pełnego życiowej mądrości, a co najważniejsze - zasługującego na posłuch. Następnie zapiął się, nie oszczędzając żadnego guzika - kuriozalne poczucie galowości było jego przyrodzoną cechą (a nie owijając w bawełnę - ekscentryzm).

- Jak sam pan raczy słyszeć, jako poddany Korony podlegam odtąd jej jurysdykcji. Nie sądzę wobec tego, aby przedłużanie naszego mało fortunnego spotkania było celowe.

Odchodząc, a właściwie obracając się pretensjonalnie, by postawić parę drobnych kroków, zdążył jeszcze nie odmówić sobie prawa do uwagi względem antagonistów.

- Co zaś do tej całej pseudo-rady, której - pożał się boże - członkowie, mogliby mi co najwyżej czyścić buty - tutaj wskazał na rzeczone obuwie, po którego stanie można wnioskować, iż jego niechęć była wcale tęgich rozmiarów - niech się nie zdziwią, gdy pewnego dnia to oni zawisną, co do jednego. A na pewno tak się stanie, zważywszy na mój doniosły status i ichniejszą zapalczywość. Czy w samorządzie powinna zasiadać banda łajdaków? Zapomniałbym, toć to typowe dla krakusów...

Nie ma sensu, by poniewierać uszy powtarzaniem reszty obelżywości skierowanych względem byłych kolegów. Ich autor nie oszczędził żadnego z nich - nie brakowało przyrównań do osób chorych czy niedorozwiniętych, wymyślnych alegorii, zestawień ze zwierzętami, przedmiotami czy substancjami. Tak, to było jego pięć minut. Opuszczony dworzec kolejowy zaczął przypominać karykaturalny teatr, aniżeli miejsce walki. Po upływie paru minut od rozpoczęcia cudacznego wystąpienia, i do jego końca doszło. Oczy duetu zwróciły się wymownie w stronę La Wuajel.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Diaz

avatar

Liczba postów : 11
Join date : 21/02/2017

PisanieTemat: Re: Adieu    Sob Mar 17, 2018 4:37 pm

Diaz powoli zaczynał żałować tego, że w pewnym empatycznym odruchu wypuścił Baleburga z pod buta. To, co starzec wygadywał z pewnością zasługiwało na jakiś rodzaj pomsty. Nie chodzi tu bynajmniej o obelgi pod adresem rady, kilku jej członków zostało nawet potraktowanych zbyt łagodnie, lecz o kłamstwa na temat długów i gotyckiej Korony. Było więcej niż oczywiste, że podstarzały radny, który utracił większość swoich wpływów i prawdopodobnie wziął udział w zamachu na jednego ze swoich współpracowników nie przedstawia dla Gotów żadnej wartości. Diaz był gotów postawić swój łuk na to, że mimo sygnetu na palcu Gotki, kwestia Baleburga była jej prywatną sprawą. Nie miał na to jednak żadnych dowodów, więc dalsza dyskusja na ten temat zmieniłaby się w nie prowadzącą donikąd grę kłamców. Łowca z żalem – niewielkim, ale jednak – stwierdził, że czas na dyplomatyczne rozwiązania minął bezpowrotnie. Ułożył już sobie w głowie plan unieszkodliwienia Gotki i przejęcia Baleburga – który przez wzgląd na swój wiek, umiejętności bitewne i brak dostępu do broni, bezpiecznie spoczywającej poza jego zasięgiem unieszkodiwiania nie wymagał – i rozpoczął jego pierwszą fazę, polegającą na ukryciu swoich intencji poprzez podjęcie dalszej dysputy.
– Po pierwsze Korona nie miałaby żadnego interesu w wykupywaniu długów upadłego radnego – powiedział, przybierając pretensjonalny ton. – Po drugie wysłannik, chcący oddelegować go do Malborka w przypadku, gdyby wykupienie faktycznie miało miejsce powinien mieć przy sobie stosowne dokumenty, a idę o zakład, że przy pytaniu o takowe dostałbym mętną opowieść o niekompetencji urzędników, bandytach, czy czymkolwiek innym. Po trzecie skoro takich dokumentów brak, Baleburg podlega jurysdykcji tak dzielnie przez niego szkalowanej rady Wolnego Miasta Wawelu, a ta życzy sobie, by możliwie najszybciej stanął przed jej obliczem w charakterze oskarżonego o zdradę, został osądzony, et cetera, et cetera, et cetera. A po czwarte…
– Hej, Diaz! Jesteś na linii? – odezwał się niespodziewanie głos z krótkofalówki Łowcy.
– Jestem, ale dość zajęty – odparł Diaz, rozpoznając głos jednego ze swoich nielicznych przyjaciół i członka pierwotnego składu Łowców, Thane’a. – Co się dzieje?
– Czy ty przyjąłeś od Wawelskiej rady zlecenie na niejakiego Baleburga?
– Tak, jesteś w mieście?
– Ta, ale mniejsza. Broń Cię każde bóstwo z tym Gotyckim na czele przed wykonaniem tego niewydarzonego zadania.
– Co? – Diaz nie krył zdziwienia. – Jest jakiś dobry powód?
– Oj tak, bardzo dobry. Ale to świetna historia i nie chcę ci zabrać radości płynącej z jej odkrywania.
– Nie mam ani czasu, ani ochoty na twoje gierki – westchnął Łowca. – Gadaj, o co tu chodzi.
– Jeszcze czego! – obruszył się Thane. – Nie dam się pozbawić jednej z ulubionych rozrywek. Ale wierz mi, dla nas bardziej korzystne jest, by Baleburg się w ręce rady jednak nie dostał, przynajmniej na razie. Jak poznasz całą tę historię, to zrozumiesz. Bez odbioru.
Diaz westchnął ciężko. Przez cały okres ich znajomości zdażyło się zaledwie trzy razy, by Thane powiedział coś wprost.
– A po czwarte poprzednie punkty straciły na ważności, gdyż choć wam nie wierzę ani trochę, temu idiocie ufam. Dopóki sprawa się nie wyklaruje, dołączę do was w charakterze towarzysza podróży. Skoro jednak konie w pobliżu tylko dwa, a wy upieracie się, że Baleburg jest teraz własnością Korony, to wysłannikowi tejże przypadnie zaszczyt dzielenia z nim siodła.
Zanim którekolwiek z nich zdążyło zareagować, dosiadł pierwszego lepszego konia, odjechał kawałek i popatrzył na ten zakrawający o absurd duet wyczekująco.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
La Wuajel

avatar

Liczba postów : 16
Join date : 24/02/2017

PisanieTemat: Re: Adieu    Pon Mar 19, 2018 10:33 pm

Jeżeli cierpienie jest wielkie to trwa krótko, długie jest zaś lekkie współmiernie do swej długości. Biedny ranny kapturzysta, biedny i Baleburg pobity radny, co też oni musieli podczas tego incydentu przejść!
Diaz skakał niczym sarenka zaś radny wystawiał właśnie spektakl, widząc ich bohaterstwo każdy poczuł by się przy nich bezpieczniej. Nawet Wuajel poczuła się przy nich jakoś pewniej bo i czym mogły by być jej uszy bolące od początku spotkania w porównaniu do bólu towarzyszy. Zaprawdę Diaz musiał cierpieć najbardziej bo właśnie przemkną truchtem obok dziewczyny, był to trucht kogoś komu się bardzo spieszy -skończyłeś już gadać do siee- nie skonczyła złośliwości bo powiew wiatru wywołany tunelem aerodynamicznym wytworzonym przez cierpiętnika zburzył do reszty jej włosy odcinając dostęp do tlenu, światła jak i szerokopojętego świata zewnętrznego. Kapturzysta parł dalej za potrzebą, a ta była nie licha, każdy kleptoman w tym bladolica zawstydził by się widząc wprawę z jaką jego chciwe paluszki rozsupłały lejce by ukraść kradzionego konia.
Radny nadal wymyślał na radę, obcy cwałował sobie na koniu, morze epitetów wylewających się z ust radnego potęgowały chaos, a ten ból głowy, a ten z kolei uszu, a ten... aż nagle nastała cisza.
Wuajel odgarnęła dłonią włosy, towarzysze patrzyli na nią w milczeniu -brakuje nam konia- jej słowa padły gdzieś w eter, czas zdawał się stać w miejscu, oddechy całego świata być wstrzymane, a wzrok towarzyszy zionąć na nią bezkresną pustką najciemniejszych odmętów eteru -no już dobra, pójdę pieszo...- te słowa przywróciły czas i przestrzeń, hałas i oddechy, Baleburg znów zaczą wymyślać na radę, a kleptoman jeździć bez celu plamiąc siodło własnymi wydzielinami lecz tylko koloru róży, do czasu wdania się zakarzenia rzecz jasna. Dziewczyna smutno westchnęła -barbarzyńcy- i tak ruszyli troje.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Adieu    

Powrót do góry Go down
 
Adieu
Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Geneza Końca :: Fabuła :: Legendy Skończonych-
Skocz do: